PORADNIA RODZINNA

Przeżywasz trudności w małżeństwie, lub masz problemy z dziećmi?

Przyjdź, pomożemy.

I wtorek miesiąca 18.00-19.00.

3.Maja 5 (przy kościele).

 

DEWOCJONALIA

 UPOMINKI,

oraz:

- Obrazy, Modlitewniki

- Pismo święte

- Albumy, książki

- Różańce, medaliki

- Pamiątki do chrztu, ślubu 

ZIOŁA OD

OJCÓW FRANCISZKANÓW

- Uspokajające

- Na przeziębienie

- Na nadwagę

- Na stawy, na serce i inne...

Sklepik na placu przy kościele czynny od poniedziałku do piątku w godz. 10.00 - 16.00 a w sobotę w godz. 10.00 - 13.00.

W razie potrzeby można dzwonić: 600 935 084

MINISTRANCI

 

Hymn ministrancki

Króluj nam ChrysteKróluj nam Chryste, zawsze i wszędzieto nasze rycerskie hasło.Ono nas zawsze prowadzić będziei świecić jak słońce jasno.Naprzód przebojem młodzi rycerzeDo walki z grzechem swej duszyWodzem nam Jezus w Hostii ukrytyZ nim w bój nasz zastęp wyruszy.Pójdziemy naprzód, naprzód radośniePodnosząc w górę swe czoła.Przed nami życie rozkwita w wiośnieOdważnie, bo Jezus woła.

 

X Przykazań Ministranta

I Ministrant kocha Boga i dla Jego chwały wzorowo spełnia swoje obowiązki.II Ministrant służy Chrystusowi w ludziach.III Ministrant zwalcza swoje wady i pracuje nad swoim charakterem.IV Ministrant rozwija w sobie życie Boże.V Ministrant poznaje liturgię i żyje nią.VI Ministrant wznosi wszędzie prawdziwą radość.VII Ministrant przeżywa Boga w przyrodzie.VIII Ministrant zdobywa kolegów w pracy i zabawie dla Chrystusa.IX Ministrant jest pilny i sumienny w nauce i pracy zawodowej.X Ministrant modli się za Ojczyznę i służy jej rzetelną pracą.

 

Modlitwy przed i po służeniu

Przed służeniem: Oto za chwilę przystąpię do ołtarza Bożego,do Boga, który rozwesela młodość moją,do świętej przystępuję służby,chcę ją dobrze pełnić.Proszę Cię, Panie Jezu, o łaskę skupienia,by myśli moje były przy Tobie,oczy zwrócone na ołtarz,a serce oddane tylko Tobie. Amen.

Po służeniu: Boże, którego dobroć powołała mnie do Twojej służby,spraw, abym uświęcony uczestnictwem w Twych tajemnicach,przez dzień dzisiejszy i całe me życieszedł tylko drogą zbawienia,przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.

ROK KTÓRY ZACZYNA SIĘ W GRUDNIU :)

Kto wymyślił rok kościelny?

Pierwotnie jedynym obchodem świątecznym przeżywanym w Kościele była niedziela będąca wspomnieniem Zmartwychwstania Pańskiego. Od początku tego dnia chrześcijanie gromadzili się na sprawowaniu Eucharystii i przeżywaniu pamiątki Zmartwychwstania Chrystusa. - W II wieku wyróżnia się jedna z niedziel, która obchodzona jest jako Wielkanoc. Następnie, około IV wieku, zaczyna się kształtować czas przygotowawczy do Wielkanocy, który obejmuje 40 dni. To jest czas Wielkiego Postu. Zaczyna się też świętować Wielkanoc przez 50 dni - tak pojawia się okres wielkanocny - wyjaśnia bp Stefan Cichy, przewodniczący Komisji Episkopatu Polski ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów. - Kiedy w połowie IV wieku zaczęto w Rzymie świętować Boże Narodzenie 25 grudnia (na Wschodzie już pod koniec III wieku obchodzono Objawienie Pańskie), na początku obchodzono tylko święto, a z czasem zaczęto przygotowywać się do niego i tak powstał okres Adwentu. Czas świętowania Bożego Narodzenia w przeszłości miał różną długość. Ostatecznie przyjęło się, że kończy się Niedzielą Chrztu Pańskiego, następującą po święcie Objawienia Pańskiego - Epifanii. Po Soborze Watykańskim II dawne niedziele po Zesłaniu Ducha Świętego i po Objawieniu Pańskim zaczęto nazywać niedzielami zwykłymi w ciągu roku.

W ciągu wieków do kształtującego się kalendarza obchodów liturgicznych wprowadzano święta ku czci Najświętszej Maryi Panny, Apostołów, męczenników, a z czasem także innych świętych. Obowiązujący obecnie w Kościele kalendarz liturgiczny został ustalony w 1969 r., wkrótce po zakończeniu Soboru Watykańskiego II, który przyniósł odnowę liturgii Kościoła.

„Pory” roku kościelnego

W ciągu rocznego cyklu Kościół wspomina całe misterium Chrystusa - od momentu Wcielenia, przez Zesłanie Ducha Świętego, po oczekiwanie na ponowne przyjście Chrystusa na końcu czasów. Zgodnie z podziałem chronologicznym, rok kościelny rozpoczyna Adwent, czyli okres przygotowania do przeżywania tajemnicy Wcielenia Syna Bożego. Zaczyna się w niedzielę między 27 listopada a 3 grudnia i trwa do 24 grudnia, obejmując cztery niedziele. - Nie znaczy to, że Adwent trwa cztery tygodnie, ale że Boże Narodzenie poprzedzają cztery niedziele adwentowe - wyjaśnia bp Stefan Cichy. Ksiądz Biskup dodaje, że w przeszłości Adwent, w różnych Kościołach lokalnych, miał różną długość. W niektórych zakonach wprowadzono 40-dniowy Adwent - na wzór Wielkiego Postu. Do dziś w Kościele ambrozjańskim, w Mediolanie, Adwent obejmuje 6 niedziel, a nie cztery.

Okres ten dzieli się na dwie części: dni do 16 grudnia włącznie są czasem radosnego oczekiwania na powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów. Od 17 do 24 grudnia trwa bezpośrednie przygotowanie do uroczystości Narodzenia Pańskiego, która jest obchodzona 25 grudnia. Tajemnica Wcielenia Syna Bożego w liturgii świętowana jest do niedzieli Chrztu Pańskiego, kiedy Kościół wspomina chrzest Jezusa w Jordanie. Następuje ona bezpośrednio po obchodzonej 6 stycznia uroczystości Objawienia Pańskiego, zwanej popularnie świętem Trzech Króli.

Najważniejszym czasem w roku kościelnym jest świętowanie Tajemnicy Paschalnej, czyli męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Odbywa się to od Wielkiego Czwartku do Niedzieli Zmartwychwstania. Do przeżycia tych tajemnic chrześcijanie przygotowują się w czasie 40-dniowego okresu o charakterze pokutnym, zwanego Wielkim Postem, który zaczyna się w Środę Popielcową. Nie zalicza się do niego sześciu niedziel, będących pamiątką Zmartwychwstania. Ostatnia z nich, rozpoczynająca Wielki Tydzień, zwana jest Palmową, dla upamiętnienia królewskiego wjazdu Jezusa do Jerozolimy.

Przez 50 dni po Wielkiej Nocy trwa okres wielkanocny. W tym czasie szczególnie radośnie świętowane jest zwycięstwo Chrystusa nad grzechem i śmiercią, a na zakończenie obchodzona jest Pięćdziesiątnica - na pamiątkę Zesłania Ducha Świętego na Apostołów i Maryję zgromadzonych w Wieczerniku. Dziesięć dni wcześniej, po 40 dobach od Zmartwychwstania, Kościół obchodzi uroczystość Wniebowstąpienia Pańskiego (w Polsce od przyszłego roku za zgodą Stolicy Apostolskiej obchodzenie uroczystości Wniebowstąpienia Pańskiego zostało przypisane do następującej po nim siódmej niedzieli Wielkanocy).

Pozostałe dni w ciągu roku tworzą tzw. okres zwykły roku kościelnego. Obejmuje on 33 lub 34 niedziele, zwane zwykłymi w ciągu roku. Składa się on z dwóch części - od niedzieli Chrztu Pańskiego do Środy Popielcowej i od Zesłania Ducha Świętego do Adwentu. Ostatnia z niedziel roku kościelnego jest poświęcona Chrystusowi Królowi.

ZNANI I LUBIANI...

 

Swoją ministrancką służbę w Waksmundzie na Podhalu wspomina aktor Piotr Cyrwus - 9 Mszy w tygodniu... 

Ministrantem w kościele św. Jadwigi Śląskiej w Waksmundzie, niedaleko Nowego Targu, zostałem po I Komunii Świętej. Służyłem obowiązkowo na 9 Mszach w tygodniu… Codziennie na 7 rano. A w niedzielę na trzech kolejnych Mszach. Czasem też na Nieszporach. Tak sobie to poukładał nasz ksiądz. Dziś się śmieję, że jeśli chodzi o obecność na Mszy, to mam bardzo dużo nadrobione. Wtedy dla chłopaka była zaszczytem, że może służyć przy ołtarzu. Nie wszyscy mogli zostać ministrantami. Ksiądz wybierał tych, którzy dobrze się uczyli i dobrze zachowywali….

 

O pierwszym łyku coca-coli, spojrzeniu proboszcza i lekcjach śmiałości opowiada aktor Krzysztof Respondek.

Mały Gość: Kiedy po raz ostatni stał Pan przy ołtarzu jako ministrant? Krzysztof Respondek: – To było po mojej prawie10-letniej służbie. Byłem już w liceum. I właśnie zacząłem spotykać się z  dziewczyną, która zresztą dziś jest moją żoną.

To ona wybiła Panu z głowy ministranturę? – Nieeee. To moja babcia mawiała, że chłopak powinien być ministrantem do momentu, gdy pozna pierwszą dziewczynę. Bo potem to już tak jakoś nie przystoi. Jej słowa wziąłem sobie mocno do serca podczas jednej z Mszy. Zaśpiewałem jeszcze psalm responsoryjny i pomyślałem, że to chyba ostatnia moja służba. Później ksiądz próbował mnie jeszcze namawiać do pozostania. Tłumaczył, że ministrant przecież może mieć dziewczynę.

Często śpiewał Pan psalmy w kościele? – Był taki czas, że jako lektor służyłem na wszystkich pięciu niedzielnych Mszach. Od pierwszej do ostatniej. To nie było łatwe zadanie również dlatego, że mieszkałem aż 2 km od kościoła. Pierwsza Msza zaczynała się o 6.30 i żeby na nią zdążyć, wstawałem już o 4.30. Do domu wracałem dopiero wieczorem. Całą niedzielę byłem w kościele. Dzięki temu psalmy znałem na blachę. A w lekcjonarz spoglądałem tylko dlatego, że byłem nieśmiały i wstydziłem się patrzeć na ludzi (śmiech). Myślę, że gdyby dziś ktoś obudził mnie w środku nocy i zaśpiewał refren psalmu, to spokojnie poleciałbym z dalszą częścią tekstu z pamięci.

Czy tak zaangażowany ministrant był jakoś szczególnie nagradzany?

– Jeden z księży wikarych wprowadził metodę punktowania za służenie. Najlepsi dostawali nagrody. Przypominało to trochę wyścig. Dziś myślę, że kościół to nie jest dobre miejsce na tego typu rywalizacje. Choć wtedy mocno się angażowałem. W niedziele i w tygodniu. Czasem i rano, i wieczorem. Ale ten pojedynek był mocno nierówny. I zwykle wygrywał kolega, który mieszkał przy kościele, bo mógł być na każdej Mszy.

Występuje Pan w kabarecie. Czy przy ołtarzu zdarzyło się Panu rozśmieszać swoich kolegów? – Raczej nie. Jako dziecko nigdy nie występowałem na szkolnych akademiach. Byłem zbyt nieśmiały. Gdy mama posyłała mnie do sklepu, tak bardzo się jąkałem, że ekspedientka postanawiała sama zapytać mamę, co ma mi sprzedać (śmiech). 

Ten nieśmiały chłopak po latach dostał się do szkoły teatralnej. I to za pierwszym razem! – Myślę, że sporym zaskoczeniem dla wszystkich w moim miasteczku i w moim liceum było to, że zdałem do Wyższej Szkoły Teatralnej we Wrocławiu. Jestem pewien, że pomogły mi te publiczne wystąpienia w kościele, służenie do Mszy, chodzenie po kolędzie. Śpiewanie psalmów na pewno pomogło mi się przełamać w swojej nieśmiałości. Moja dziesięcioletnia ministrantura dała mi jednak dużo więcej.

Co jeszcze? – Ukształtowała mnie. Moja babcia mówiła: „taki będziesz mądry, jakich mądrych ludzi w życiu spotkasz”. Spotkałem kilku wspaniałych księży, dzięki którym ukształtowałem swój system wartości. Poza tym ministrantura była moim oknem na świat. Nie wyjeżdżałem na wczasy z rodzicami, bo mój ojciec hodował gołębie, a podczas wakacji odbywały się ich loty. Wakacje spędzałem w domu, ale za to jeździłem na wycieczki z ministrantami. Książa zabierali nas w góry, nad morze. A nawet za granicę. Jako ministrant byłem w Republice Federalnej Niemiec. I tam pierwszy raz poczułem smak coca-coli z puszki i jadłem prawdziwe miśki żelowe, o których dotąd tylko słyszałem. No i jeździliśmy też na turnieje piłkarskie.

Czy ministranci z Miasteczka Śląskiego byli groźni na boisku?

– Zawsze byliśmy groźni, bo działał u nas klub Odra Miasteczko Śląskie. Wielu chłopaków tam grało. Poza tym w naszej szkole były klasy sportowe. Ale nie chodziło przecież tylko o to, aby być najlepszym na boisku. Uczyliśmy się wygrywać i przegrywać, a przede wszystkim  grać fair.

– To zasługa ówczesnego proboszcza, księdza Władysława Brannego. To on przygotowywał mnie do I Komunii św. Był niesamowity. W czasie wojny był więźniem obozu w Dachau. Ludzie mówili, że Niemcy przeprowadzali na nim jakieś eksperymenty medyczne. Ksiądz obiecał wtedy, że jeśli przeżyje i zostanie proboszczem, to w swojej parafii zapoczątkuje pielgrzymki na Jasną Górę. I tak się stało. U niego pierwszy raz się spowiadałem. Bardzo długo. Bałem się tej spowiedzi, ale on był mistrzem. Potrafił wyciągać ukryte lub zapomniane grzechy. Do dziś pamiętam nauki przed I Komunią św. i znam te modlitwy, których nas uczył proboszcz. Robił nam poważne egzaminy. Po Mszy ustawiał nas w rzędzie i po kolei pytał. Nawet ci, którzy mieli w szkole dwóje, tamte modlitwy mówili śpiewająco.

I wtedy zdecydował Pan: chcę służyć do Mszy? – Proboszcz powiedział nam, że po I Komunii chłopcy mogą być ministrantami. „Możecie być bliżej Boga. W tym wieku to największa służba” – mówił. To wystarczyło, żeby przekonać mnie i wielu moich kolegów. 

Miał Pan egzaminy z ministrantury? – Oczywiście! Nie było łatwo zostać ministrantem. Przez około pół roku to było takie miniseminarium. Spotykaliśmy się z księdzem wikarym, który zachęcał nas do czytania Biblii. Mówił, że powinniśmy lepiej rozumieć Pismo Święte niż zwykli parafianie. Każdy po cichu czytał fragment, a potem rozmawialiśmy o nim. Wtedy nie każdy kandydat zostawał ministrantem. Ci, którzy dobrze zrozumieli, co to znaczy, kończyli przygotowania wcześniej. Inni musieli się jeszcze uczyć. A niektórzy nigdy nie mieli zaszczytu służyć do Mszy św. Gdy zostałem ministrantem, od razu urosłem w oczach moich bliskich (śmiech).

Czy jest coś, czego nie potrafi Pan zapomnieć z tamtego czasu? – To spojrzenie księdza proboszcza. Miał taki zwyczaj, że pod koniec Mszy obmywał kielich nie tylko wodą, ale też winem. Nasz ksiądz opiekun uczulał nas, żeby pamiętać o podaniu i wody, i wina. A ja, gdy pierwszy raz służyłem do Mszy księdzu proboszczowi, szedłem z ampułkami i oczywiście… zapomniałem o ampułce z winem. Jak on na mnie spojrzał! Przeszył mnie na wylot jak rentgen. Z wrażenia poczułem, jakby mi włosy stanęły na głowie. Ksiądz proboszcz nigdy się nie uśmiechał. A wtedy podniósł lekko brwi. Jego twarz stała się delikatniejsza, jakby lekko uśmiechnięta, jakby chciał mi powiedzieć: „Ten jeden raz ci przebaczam”.

Spojrzał tak jeszcze kiedyś? – W Wielki Czwartek. W naszym kościele proboszcz tego dnia obmywał nogi ministrantom. Byłem szósty w kolejce. Gdy mył moje nogi, znów zobaczyłem to spojrzenie. I ten delikatny uśmiech. To było dla mnie ogromne przeżycie. Nigdy z nim    nie rozmawiałem. Był surowy, ale miał dar pociągania za sobą ludzi. Służyłem do Mszy, gdy mój proboszcz umierał w konfesjonale. On, mistrz spowiedzi. Myślę, że jak każdy aktor chciałby umrzeć na scenie, tak czymś wyjątkowym jest, gdy kapłan umiera w kościele. Pamiętam to do dziś. Mężczyźni wynosili ciało księdza do zakrystii.  A na jego twarzy ten znany mi pół uśmiech. Gdy przyjeżdżam na cmentarz w mojej rodzinnej miejscowości, zawsze nawiedzam jego grób.

 

O psalmach na dwa głosy, komżach z firanek i ministranckich wyzwaniach w górach opowiadają Łukasz i Paweł Golcowie, byli ministranci w kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny w Milówce.

MAŁY GOŚĆ: Dlaczego zostaliście ministrantami? PAWEŁ GOLEC: – Od najmłodszych lat jakaś tajemnicza siła przyciągała nas do ołtarza... (śmiech). Z tego powodu nieraz z kuzynem bawiliśmy się w odprawianie Mszy. Traktowaliśmy to bardzo poważnie. Komunikant robiliśmy z cienko pokrojonego jabłka, a komże szyliśmy z resztek firanek naszej mamy. ŁUKASZ GOLEC: – Robiliśmy sobie ołtarz, na którym stawialiśmy naczynia z kredensu w jadalni, to znaczy kielich czy patenkę. A komplet na kuchenne przyprawy służył jako naczynie do wina i wody. PAWEŁ: – I wszystko zgadzałoby się, tylko że, na szczęście, nie mieliśmy wina... (śmiech) ŁUKASZ: – Ale tak całkiem serio, po Pierwszej Komunii Świętej zgłosiliśmy się do księdza. Powiedzieliśmy, że bardzo chcemy zostać ministrantami i chcemy spróbować służby przy ołtarzu. Cóż, w wieku 9 lat bycie ministrantem było wyzwaniem... PAWEŁ: – W tym okresie większość chłopaków z Milówki służyła i łatwiej byłoby zapytać, kto nie służył. Ksiądz, który prowadził naszą grupę ministrancką, był bardzo otwarty i pomysłowy. Dlatego przyciągał tłumy. ŁUKASZ: – Poza tym ministrantura zobowiązywała do przyjęcia określonej postawy. A to nam imponowało. Tak jak imponowali nam starsi ministranci, lektorzy, którzy zawsze mieli opinię porządnych chłopaków. Wielu z nich zostało potem kapłanami.  

Czy służba blisko ołtarza to tradycja rodziny Golców? PAWEŁ: – Można powiedzieć, że ministrantura wpisana była w nasze życie. Dziadek w czasie wojny był kościelnym. Ponad 20 lat później nasi rodzice poznali się w… chórze kościelnym w tej samej parafii. ŁUKASZ: – I żeby tradycji rodzinnej stało się zadość, około 20 lat później w tym samym kościele służyliśmy do Mszy jako ministranci.  

Mieliście specjalne zadania do wykonania? ŁUKASZ: – Śpiewanie psalmów na dwa głosy było naszym znakiem rozpoznawczym. Być może dlatego, że wychowaliśmy się w domu przepełnionym śpiewem. Dlatego często i chętnie służyliśmy, śpiewając. PAWEŁ: – Wykonywaliśmy wszystkie czynności, jakie należą do posługi ministranta. Pamiętam, jakie emocje towarzyszyły przy rozdawaniu Komunii św. Każdy ministrant chciał być przy księdzu, który akurat komunikował po stronie dziewczyn. Bo „za naszych czasów” w Milówce wierni podchodzili do Komunii stronami. To znaczy, że z jednej strony szły kobiety i dziewczyny, a z drugiej mężczyźni i chłopcy.  

Jak często mieliście obowiązkową służbę? PAWEŁ: – Prawie codziennie. W zależności od harmonogramu raz służyliśmy do Mszy na 6 rano, raz na 17. Dość często też w tak dużej parafii jak milówecka miały miejsce pogrzeby. ŁUKASZ: – Pogrzeby w górach… to dopiero było wyzwanie... Nieraz w śnieżycy trzymając krzyż i lampiony, prowadziliśmy kondukt pogrzebowy do kościoła oddalonego nawet o jakieś 3, 4 kilometry. PAWEŁ: – Mimo to, miło wspominamy tamte czasy, a szczególnie odwiedziny duszpasterskie po parafii w okresie kolędowym. Chodzenie z księdzem po kolędzie było wyróżnieniem i nagrodą za całoroczną służbę.  

Jak godziliście ministranckie obowiązki z dodatkowymi lekcjami, na przykład gry na instrumentach? ŁUKASZ: – Chodziliśmy do szkoły muzycznej, a to wiązało się z popołudniowymi dojazdami do Żywca. Musieliśmy łączyć i godzić obowiązek szkolny z ministranturą. PAWEŁ: – Ale nie sprawiało nam to większych problemów, bo jak się chce, to można (śmiech). ŁUKASZ: – Dopiero kiedy zdaliśmy do bielskiego Liceum Muzycznego i ze względu na odległość zamieszkaliśmy w internacie, początkowo służyliśmy w Milówce tylko w niedziele i święta, a z biegiem czasu zarzuciliśmy ministranturę na rzecz muzyki.  

Czy Wasi dwaj bracia też służyli do Mszy? PAWEŁ: – Tak się składa, że starsi bracia również byli ministrantami. Lecz my służyliśmy do Mszy świętej najdłużej.  

Jak długo? ŁUKASZ: – Pierwszy raz stanęliśmy przy ołtarzu tuż po Pierwszej Komunii Świętej. PAWEŁ: – I służyliśmy przez ponad 7 lat.  

Jakie wspomnienie z tych siedmiu lat przetrwało najmocniej? PAWEŁ: – Najmilsze wspomnienie wiąże się z pieszą ministrancką pielgrzymką na Jasną Górę z okazji Ogólnoświatowego Spotkania Młodzieży w 1991 roku. ŁUKASZ: – Wtedy po raz pierwszy zobaczyliśmy błogosławionego Jana Pawła II na żywo. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy takiego tłumu. Wyglądało to imponująco i wywarło na nas olbrzymie wrażenie. Szczególnie kiedy młodzi ludzie śpiewali i modlili się w różnych językach świata. Wszyscy byli bardzo pogodni i radośni. PAWEŁ: – Słowa Ojca Świętego, które wtedy usłyszeliśmy, do dziś w nas pobrzmiewają i stały się dla nas drogowskazem. To był bardzo ważny moment w naszym życiu.

Zegar

Dzisiaj jest

czwartek,
13 grudnia 2018

(347. dzień roku)

Święta

Czwartek, II Tydzień Adwentu
Rok C, I
Wspomnienie św. Łucji, dziewicy i męczennicy

Licznik

Liczba wyświetleń:
2456130

Wyszukiwanie